RelationSHIPS to klaustrofobiczna gra Fredrika Hossmana. Wymaga minimum dwójki graczy, na HolmConie wypróbowaliśmy wersję na 4 osoby (Fredrik, Ole Peder, Anders, Ina). Pojedyncza rozgrywka trwa 10 minut, zagraliśmy cztery takie tury. Był piątek wieczór, więcej byśmy nie znieśli. Mnie osobiście zależało też, żeby porządnie się wyspać przed kolejnym dniem konwentu.
W tej grze każdy przyjmuje rolę osoby znajdującej się w związku (można sobie o nim myśleć jako o małżeństwie czy innej sformalizowanej instytucji; ważne jest, że traktujemy jako zupełnie normalny fakt, że instytucja ta obejmuje więcej niż dwie osoby). Można grać postacią dowolnej płci, w strukturę związku nie jest wpisany żaden podział płciowy. Istotne jest natomiast, że prócz graczy w związku znajduje się jeszcze jedna osoba (dowolny z graczy nadaje jej płeć i imię).
Na początku gry (czy raczej – tury) każdy z graczy losuje trzy karty, z których musi wykorzystać przynajmniej jedną jako podstawę do wypowiadanych słów. Karty pozostają w ukryciu do końca tury. Przykłady kart: "To wszystko moja wina", "Wszystko jest święte" albo "Zapominam o tym, co powiedziałem". Należy unikać wypowiadania tych fraz bezpośrednio. Można odgrywać nie samą frazę, ale jej przeciwieństwo.
Poza tym jeden z graczy ciągnie kartę, która określa sytuację rozmowy, np. „Straciłem pracę”, „Ktoś z naszej grupy mnie okrada”, „Jestem chory psychicznie”. Osoba ciągnąca kartę może przedmiotem zdarzenia uczynić siebie lub kogoś innego. Tak naprawdę duże znaczenie ma, kogo będzie dotyczyć karta, bo na tę osobę przesunięty jest spotlight. Kiedy jedna z postaci oznajmiła pozostałym, że straciła pracę, uwaga wszystkich skoncentrowała się na niej, na tym, żeby ją pocieszyć albo przeciwnie – żeby udowodnić, że jest bezużyteczna.
Struktura samej gry jest dosyć luźna, po prostu toczy się rozmowa zgodnie z sugestiami kart. Wbrew pozorom mają one większy wpływ na rozgrywkę niż mogłoby się wydawać.
Przykład ilustrujący dwie ostatnie tezy. W ostatniej turze Fredrik przypisał bohaterowi Andersa kartę, która mówiła, że bohater ten był niewierny. Mieliśmy ciekawy rozkład płci – wszystkie postaci poza postacią Andersa były kobietami. Dodatkowo, jak się później okazało, karty pozostałej trójki graczy wymierzone były przeciwko mężczyźnie („Nie wierzę ci”, „Już cię nie potrzebuję”), podczas gdy Anders wylosował karty, które nakazywały mu być posłusznym (oczywiście, mogliśmy odgrywać przeciwieństwa kart, ale nikt nie miał na to ochoty). W ten sposób na jedynym mężczyźnie skupił się cały spotlight, i to spotlight w tym negatywnym sensie.
Próbowaliśmy też przypisać kartę sytuacji osobie nieobecnej, ale spotlight szybko został ukradziony przez Olego, który miał kartę "To wszystko moja wina", więc trudno mi powiedzieć, jak to działa dla bohatera nieobecnego.
Gra jest klaustrofobiczna i momentami można mieć wrażenie bycia częścią sekty albo komuny o dziwnych zasadach, a momentami przechyla się w stronę groteski i przypomina fikcyjne kłótnie („Nie rób scen!”). Trudno mi powiedzieć, czy dobrze się bawiłam, czy nie. Na pewno gra działa, natomiast doświadczenie jakie generuje mocno zależy od grupy i od kart, które się wylosuje.
środa, 30 marca 2011
wtorek, 29 marca 2011
Anatomia Turinga
Na HolmConie każdy zobowiązany jest przynajmniej raz w ciągu całego konwentu zorganizować innym rozrywkę (w większości przypadków oznacza to po prostu poprowadzenie/zaprezentowanie jakiejś gry). Ja wybrałam Anatomię Turinga, grę lucka, w którą zdarzyło mi się grać raz wcześniej (tu jest AP lucka z tej sesji). Zgodnie z harmonogramem zaczęliśmy w piątek o 18.00, sesja trwała około godziny.
Sytuacja w grze jest następująca: oto zmarł (czy raczej – popełnił samobójstwo) wielki matematyk Alan Turing, właśnie zakończył się jego pogrzeb. Rodzina i przyjaciele spotykają się przy herbacie (angielskiej! z mlekiem!) i ciasteczkach owsianych, żeby podyskutować o zmarłym. Każdy wciela się w wybraną przez siebie rolę. Potem wyciągamy różne obiekty z koperty zawie-rającej resztki po zmarłym, to znaczy rzeczy, które Turing miał przy sobie, gdy znaleziono jego ciało. Przedmioty inspirują poszczególne sceny. Jeden obiekt to jedna scena. Kiedy ktoś nie chce już dłużej brać udziału w danej scenie, odsuwa od siebie kubek z herbatą. Celem dyskusji jest sprowadzenie Turinga, nieprzeciętnego umysłu, do naszego, przeciętnego poziomu.

Skład osobowy/postaci: Matthijs (kochanek Turinga), Ole Peder (wuj, uważał, że Alan powinien iść w jego ślady i zająć się biznesem), Fredrik (matka Alana, całe życie widziała go jako „swojego Alanka”), Ina (młodsza siostra, która podziwiała Alana).
Zasady gry mówią, że pierwszą scenę powinien rozpocząć ten, kto prezentuje pozostałym grę, bo ta osoba czuje się przypuszczalnie najpewniej. Mój casus tego nie potwierdza. Wszyscy gracze znali się wcześniej, Ole i Matthijs grali ze sobą dużo. Dla mnie to była pierwsza gra w takim składzie.
Przedmioty: klucze, jabłko, ołówek z gumką, krzyżówka, zdjęcie mężczyzny, puszka cukierków, żuraw orgiami.
Zmieniłam kilka rzeczy w stosunku do wyjściowego zestawu, bo zwyczajnie nie zdążyłam/nie mogłam ich zdobyć.
Co się działo:
Gra przebiegała płynnie z jedną małą przerwą na upewnienie się, że wszyscy rozumieją zasadę z odsuwaniem kubka. Miałam wątpliwość, czy ten mechanizm faktycznie działa, bo ja (i jak zauważyłam – nie tylko ja) mam tendencję do kończenia scen w najbardziej emocjonującym momencie. Najchętniej rzuciłabym coś prowokującego i odsunęła kubek. Ale osoba, która nie bierze udziału w scenie może tylko zadawać pytania. Zaś w takiej sytuacji to raczej reszta, która ciągle jest w scenie, miałaby ochotę pytać osobę, która scenę opuściła.
PDF z zasadami, z którego korzystałam, nie zawierał techniki, z której używaliśmy podczas sesji z luckiem, tj. kiedy przywołujemy jakieś wspomnienie, to nie opowiadamy o nim, ale je odgry-wamy. Wtedy pozostałe osoby przyjmują tymczasowo role osób obecnych we wspomnieniu. Pamiętam, że było z tym małe zamieszanie, brakowało nam jakiegoś rytuału, jakiejś zmiany przestrzeni, żeby zaznaczyć, że coś takiego się dzieje, więc w sumie jestem zadowolona, że nie wprowadziłam tej techniki. Wyszło chyba z korzyścią dla dynamiki gry.
Ze spostrzeżeń natury społecznej: mieliśmy sporo mówienia śmiesznymi głosami (Ole Peder jest w tym mistrzem świata) odgrywania i pseudo immersji. To znaczy teoretycznie było niby poważnie, ale jednak był spory dystans do tego, co robiliśmy. Wszyscy mieli podobny wkład w sceny, nikogo nie trzeba było zmuszać czy zachęcać. W porównaniu do mojej poprzedniej sesji Anatomii, miałam wrażenie, że ta była swobodniejsza.
Jestem dosyć zadowolona z gry. Mogło być lepiej, ale traktuję to jako dobrą rozgrzewkę przed resztą HolmConowych gier. Kilka uwag jednego z graczy też w pierwszym poście na forum Hyperiona.
Sytuacja w grze jest następująca: oto zmarł (czy raczej – popełnił samobójstwo) wielki matematyk Alan Turing, właśnie zakończył się jego pogrzeb. Rodzina i przyjaciele spotykają się przy herbacie (angielskiej! z mlekiem!) i ciasteczkach owsianych, żeby podyskutować o zmarłym. Każdy wciela się w wybraną przez siebie rolę. Potem wyciągamy różne obiekty z koperty zawie-rającej resztki po zmarłym, to znaczy rzeczy, które Turing miał przy sobie, gdy znaleziono jego ciało. Przedmioty inspirują poszczególne sceny. Jeden obiekt to jedna scena. Kiedy ktoś nie chce już dłużej brać udziału w danej scenie, odsuwa od siebie kubek z herbatą. Celem dyskusji jest sprowadzenie Turinga, nieprzeciętnego umysłu, do naszego, przeciętnego poziomu.

Skład osobowy/postaci: Matthijs (kochanek Turinga), Ole Peder (wuj, uważał, że Alan powinien iść w jego ślady i zająć się biznesem), Fredrik (matka Alana, całe życie widziała go jako „swojego Alanka”), Ina (młodsza siostra, która podziwiała Alana).
Zasady gry mówią, że pierwszą scenę powinien rozpocząć ten, kto prezentuje pozostałym grę, bo ta osoba czuje się przypuszczalnie najpewniej. Mój casus tego nie potwierdza. Wszyscy gracze znali się wcześniej, Ole i Matthijs grali ze sobą dużo. Dla mnie to była pierwsza gra w takim składzie.
Przedmioty: klucze, jabłko, ołówek z gumką, krzyżówka, zdjęcie mężczyzny, puszka cukierków, żuraw orgiami.
Zmieniłam kilka rzeczy w stosunku do wyjściowego zestawu, bo zwyczajnie nie zdążyłam/nie mogłam ich zdobyć.
Co się działo:
- mieliśmy mocno zarysowaną dynamikę rodzina versus obcy (kochanek), pojawiały się zarzuty o zbyt mocną kontrolę ze strony matki (fantastyczna scena ze wspomnieniem kochanka: piekł dla Alana ciasto, jabłecznik, gdy było gotowe, Alan zrzucił je ze stołu – takie ciasto piekła jako matka), był brak akceptacji rodziny co do orientacji seksualnej Alana, nikt też nie chciał uwierzyć w samobójstwo
- mieliśmy konflikty o to, że działania Alana były bezsensowne i nikt ich nie rozumiał, co dobrze realizowało przesłankę sprowadzania geniusza w dół; to wyrównywanie do swo-jego poziomu rozciągnęło się na wszystkie postaci – umniejszony został sukces finansowy wuja, skrytykowane barwne życie kochanka
Gra przebiegała płynnie z jedną małą przerwą na upewnienie się, że wszyscy rozumieją zasadę z odsuwaniem kubka. Miałam wątpliwość, czy ten mechanizm faktycznie działa, bo ja (i jak zauważyłam – nie tylko ja) mam tendencję do kończenia scen w najbardziej emocjonującym momencie. Najchętniej rzuciłabym coś prowokującego i odsunęła kubek. Ale osoba, która nie bierze udziału w scenie może tylko zadawać pytania. Zaś w takiej sytuacji to raczej reszta, która ciągle jest w scenie, miałaby ochotę pytać osobę, która scenę opuściła.
PDF z zasadami, z którego korzystałam, nie zawierał techniki, z której używaliśmy podczas sesji z luckiem, tj. kiedy przywołujemy jakieś wspomnienie, to nie opowiadamy o nim, ale je odgry-wamy. Wtedy pozostałe osoby przyjmują tymczasowo role osób obecnych we wspomnieniu. Pamiętam, że było z tym małe zamieszanie, brakowało nam jakiegoś rytuału, jakiejś zmiany przestrzeni, żeby zaznaczyć, że coś takiego się dzieje, więc w sumie jestem zadowolona, że nie wprowadziłam tej techniki. Wyszło chyba z korzyścią dla dynamiki gry.
Ze spostrzeżeń natury społecznej: mieliśmy sporo mówienia śmiesznymi głosami (Ole Peder jest w tym mistrzem świata) odgrywania i pseudo immersji. To znaczy teoretycznie było niby poważnie, ale jednak był spory dystans do tego, co robiliśmy. Wszyscy mieli podobny wkład w sceny, nikogo nie trzeba było zmuszać czy zachęcać. W porównaniu do mojej poprzedniej sesji Anatomii, miałam wrażenie, że ta była swobodniejsza.
Jestem dosyć zadowolona z gry. Mogło być lepiej, ale traktuję to jako dobrą rozgrzewkę przed resztą HolmConowych gier. Kilka uwag jednego z graczy też w pierwszym poście na forum Hyperiona.
niedziela, 27 marca 2011
HolmCon
Pisane w pociągu powrotnym z HolmConu, radosnego konwentu w Holmestrand (godzina drogi od Oslo), zorientowanego głównie na gry fabularne. Kon organizowany jesty przez jednego z norweskich projektantów gier w jego domu.
Norwegowie są rozpieszczeni przez swój krajobraz. Jadąc pociągiem relacji Oslo-Holmestrand można podziwiać tak piękne widoki, że dech w piersiach zapiera. Na pewnym odcinku pociąg jedzie tuż przy brzegu i jedyne, co widać z okna, to potężna połać wody skutej lodem. Holmnestrand jest miasteczkiem malowniczym, pełnym tych małych drewnianych domków, które tak lubię. Dotarcie na samo miejsce konwentu to spore wyzwanie, bo droga wiedzie niemal pionowo przez dobre dwadzieścia minut. Na szczęście potem można spędzić cały weekend w domku z tarasem i widokiem na fiord, jedząc ciastka.
W Itras City jest taka postać, od której nastroju zależy pogoda w mieście. To musiał być dla niej wyjątkowo szczęśliwy weekend, bo temperatura była na tyle wysoka, że sesja Fabuli odbyła się na tarasie. (Nie, to nie znaczy, że śnieg stopniał.)
HolmCon – suche fakty
Dwadzieścia kilka osób, 27 oficjalnych punktów programu (w większości rpg, każdy jest zobowiązany coś poprowadzić), kilka nieoficjalnych (Archipelago, Burning Wheel i inne, których nie pamiętam). Dwójka Finów, jedna Polka, reszta Norwegów.
W co zagrałam?
Piątek: Anatomia Turinga (jako facilitator), Konstellasjoner
Sobota: Matthijs' Obskuriteter (Recursive Tales of the Infinite Multiverse, Pebble, Catherine), Itras City, Ganakagok (jako GM)
Niedziela: Contenders
Właściwie wszystko zasługuje na przynajmniej kilka uwag, będę je spisywać w najbliższym czasie. Przerażające jest tylko to, że żadna z tych gier nie okazała się ewidentnym crapem. Było parę dziwnych (Catherine, Pebble, Konstellasjoner), kilka okrutnie zabawnych (Recursive Tales of the Infinite Multiverse, Contenders), Anatomia była bardzo dobra, Itras By było świetne, a z Ganakagok gracze byli bardzo zadowoleni. W pewnym momencie zaczęliśmy z gospodarzem przeglądać nawet półki w bibliotece w poszukiwaniu jakiegoś syfu, w który można by zagrać dla zachowania równowagi. Znalazło się parę naprawdę przerażających rzeczy, np. gra, w której świat został zaatakowany przez Obcych, ale istnieją ludzie, którzy potrafią przeniknąć do umysłów najeźdźców; albo inna, pełna niesamowitej komunistycznej propagandy gra o ataku Związku Radzieckiego na USA (oba to produkty lat 90tych z fantastyczną estetyką tamtego okresu).
Bardzo chciałam zagrać, ale nie mogłam (z powodu kolizji czasowych): Fabula Tomasa Mørkrida i RATS Mai Kvendseth, chciałam też zobaczyć Pillow Talk Erlenda Eidsema, ale prowadzący sam zjawić się nie mógł (chyba jedyna rzecz, która faktycznie wyleciała z programu).
Z rzeczy wartych odnotowania są jeszcze naleśniki smażone na gigantycznej patelni, wielkie i doskonałe. Chyba jedne z najlepszych, jakie udało mi się zrobić.
Poza tym dostałam zaproszenie na Ropecon do Finlandii (tylko 25 euro wejściówki!), ale to odległa przyszłość. W planach jutrzejszy Rollespillsalong, kwietniowy Fastaval i czerwcowy Arkon.
Norwegowie są rozpieszczeni przez swój krajobraz. Jadąc pociągiem relacji Oslo-Holmestrand można podziwiać tak piękne widoki, że dech w piersiach zapiera. Na pewnym odcinku pociąg jedzie tuż przy brzegu i jedyne, co widać z okna, to potężna połać wody skutej lodem. Holmnestrand jest miasteczkiem malowniczym, pełnym tych małych drewnianych domków, które tak lubię. Dotarcie na samo miejsce konwentu to spore wyzwanie, bo droga wiedzie niemal pionowo przez dobre dwadzieścia minut. Na szczęście potem można spędzić cały weekend w domku z tarasem i widokiem na fiord, jedząc ciastka.
W Itras City jest taka postać, od której nastroju zależy pogoda w mieście. To musiał być dla niej wyjątkowo szczęśliwy weekend, bo temperatura była na tyle wysoka, że sesja Fabuli odbyła się na tarasie. (Nie, to nie znaczy, że śnieg stopniał.)
HolmCon – suche fakty
Dwadzieścia kilka osób, 27 oficjalnych punktów programu (w większości rpg, każdy jest zobowiązany coś poprowadzić), kilka nieoficjalnych (Archipelago, Burning Wheel i inne, których nie pamiętam). Dwójka Finów, jedna Polka, reszta Norwegów.
W co zagrałam?
Piątek: Anatomia Turinga (jako facilitator), Konstellasjoner
Sobota: Matthijs' Obskuriteter (Recursive Tales of the Infinite Multiverse, Pebble, Catherine), Itras City, Ganakagok (jako GM)
Niedziela: Contenders
Właściwie wszystko zasługuje na przynajmniej kilka uwag, będę je spisywać w najbliższym czasie. Przerażające jest tylko to, że żadna z tych gier nie okazała się ewidentnym crapem. Było parę dziwnych (Catherine, Pebble, Konstellasjoner), kilka okrutnie zabawnych (Recursive Tales of the Infinite Multiverse, Contenders), Anatomia była bardzo dobra, Itras By było świetne, a z Ganakagok gracze byli bardzo zadowoleni. W pewnym momencie zaczęliśmy z gospodarzem przeglądać nawet półki w bibliotece w poszukiwaniu jakiegoś syfu, w który można by zagrać dla zachowania równowagi. Znalazło się parę naprawdę przerażających rzeczy, np. gra, w której świat został zaatakowany przez Obcych, ale istnieją ludzie, którzy potrafią przeniknąć do umysłów najeźdźców; albo inna, pełna niesamowitej komunistycznej propagandy gra o ataku Związku Radzieckiego na USA (oba to produkty lat 90tych z fantastyczną estetyką tamtego okresu).
Bardzo chciałam zagrać, ale nie mogłam (z powodu kolizji czasowych): Fabula Tomasa Mørkrida i RATS Mai Kvendseth, chciałam też zobaczyć Pillow Talk Erlenda Eidsema, ale prowadzący sam zjawić się nie mógł (chyba jedyna rzecz, która faktycznie wyleciała z programu).
Z rzeczy wartych odnotowania są jeszcze naleśniki smażone na gigantycznej patelni, wielkie i doskonałe. Chyba jedne z najlepszych, jakie udało mi się zrobić.
Poza tym dostałam zaproszenie na Ropecon do Finlandii (tylko 25 euro wejściówki!), ale to odległa przyszłość. W planach jutrzejszy Rollespillsalong, kwietniowy Fastaval i czerwcowy Arkon.
czwartek, 24 marca 2011
Ku czci Georga Sverdrupa

Georg Sverdrup był wielkim filologiem i rozpoczął budowę pierwszej norweskiej biblioteki uniwersyteckiej (z taką twarzą to ja też bym się raczej w książkach zaszyła). Dziś biblioteka mieści się w wielkim, oszklonym budynku pośrodku kampusu i jest jednym z najprzyjemniejszych miejsc na ziemi. Książki bierze się samemu z półki. Można przyjść z kawą, czytać przy stole albo w głębokim fotelu. Książki może wypożyczać każdy rezydent Norwegii powyżej 18 roku życia i każdy student UiO. Wynosić z biblioteki można niemal wszystkie rzeczy wydane po 1850 roku. Każdy kto korzystał kiedykolwiek z Jagiellonki może uczynić sobie krótkie porównanie.
niedziela, 20 marca 2011
niedziela, 13 marca 2011
Wirtualny spacerek
Nie mam talentów filmowych, ale mają je inni. Spacerek po centrum:
Oslo from Gino Maccanti on Vimeo.
Warto też zobaczyć ten i ten. I nocny też.
Oslo from Gino Maccanti on Vimeo.
Warto też zobaczyć ten i ten. I nocny też.
sobota, 12 marca 2011
Martwy typograf
Poszłam na cmentarz z nadzieją, że lód rozmarzł na tyle, że uda mi się dokopać do Ibsena, ale gdzie tam. Znalazłam natomiast grób Ivera Iversena, typografa. Ciężko się musi człowiekowi leżeć pod takim kamieniem, na którym ktoś tak fatalnie potraktował przestrzenie międzyliterowe. Pomiędzy „Ty” a „p” zmieściłby się jeszcze jeden znak, końcowe „f” zażenowane tym faktem stara się uciec z wyrazu. Sam Iver zdaje się być dwojga imion: Iv er. Ironia losu, że akurat nagrobek typografa ma tak paskudne liternictwo.

sobota, 5 marca 2011
Subskrybuj:
Posty (Atom)