wtorek, 22 lutego 2011

Knudepunkt 2011

Pewien polski portal twierdzi, że tegoroczny Knudepunkt (wbrew duńskiej nazwie) odbył się w Helsinkach, a nie w Helsinge, godzinę drogi od Kopenhagi. Może moje doświadczenie rzeczywistości jest wykrzywione, ale mnie się mimo wszystko wy­da­je, że byłam w Danii, nie zaś w Finlandii.

Knudepunkt to nie jest konwent, to nie jest konferencja, to może być impreza, ale zasadniczo to wydarzenie, które mieści w sobie te wszystkie trzy znaczenia. To spra­wia, że spisanie wrażeń nieco mnie przerasta. Będę więc podążać za listą rzeczy-­do­-zrobienia-na-KP rozwieszoną w różnych miejscach konwentu.

The KP2011 Playbook – Danish Style
(The Early Bird) Byłam na śniadaniu o ósmej rano. Przerażające było tylko to, że nie byłam tam sama. Wielki plus wspólnych posiłków o wyznaczonych godzinach: dos­ko­na­ła okazja do przedyskutowania tego, co się wydarzyło, do poznania nowych ludzi, do zaczepienia kogoś, z kim nie miało się do tej pory okazji podyskutować. Na każ­dy posiłek przeznaczone jest kilka godzin, można więc wędrować od sto­lika do sto­li­ka, pić sok i dyskutować o feminizmie.

(The Dancing Elf) Udało mi się zaliczyć prawie wszystkie warsztaty taneczne, nie do­tar­łam niestety na tango, ale mogę to jakoś przeboleć, bo trochę tanga było póź­niej wieczorem na parkiecie.

(The Illuminati) Brałam udział w dwóch sekretnych rytuałach (w trakcie jednego z nich konsekrowaliśmy kartę kredytową). Norweskie dinozaury mówią, że od dru­giego KP tradycją jest, że w sobotnią noc odprawia się norweski rytuał. Nie mog­liś­my więc zarzucić tej tradycji.

(The Fin, The Italian) Byłam w saunie, byłam na basenie. (Na wszelkich bogów, na jakim polskim konwencie można w krytycznym momencie, kiedy umysł potrzebuje odpoczynku, udać się do sauny?! I to ze świeżymi ręcznikami dostarczonymi przez obsługę hotelu.)

(The Banksy) Skomplementowałam Larsa M. za okładki do tegorocznych książek knudepunktowych (bo są naprawdę fantastyczne).

(The Tourist) Załapałam się na kawałek A Week in Denmark, ale było zbyt późno, żeby doświadczyć jakiegokolwiek punktu programu, ograniczyłam się więc do roz­mów w trakcie imprezy i nocnego spaceru po Kopenhadze. Kopenhaga to jedno z tych miast, które łatwo polubić: malownicze, z dużymi placami, szerokimi bru­ko­wa­ny­mi ulicami, kolorowymi kamienicami. Ale jest też okrutnie płaskie (i wietrzne).

(The Swinging Fantasy) Tańczyłam charlestona. W oryginalnej sukience z 1925 roku. Hell yeah.

(The Insomniac) W ciągu całego KP spałam mniej niż 10 godzin. Na łódce z Ko­pen­ha­gi do Oslo spałam jeszcze pięć, poszłam na zajęcia, przespałam się go­dzin­kę i posz­łam na KP afterparty. Okazuje się, że organizm nie potrzebuje aż tak dużo snu. (Inna sprawa – jakość snu. Materace i śpiwory w sali gdzie cuchnie alkoholem i wy­zie­wa­mi to nie są najlepsze warunki. Kilkuosobowe, w najgorszym wypadku, po­ko­je z pościelą dostarczaną przez hotel to co innego.)

(The Chef) W środku nocy ukradłam ciasto z kuchni dla potrzebujących.

(The Danish Chef) Chociaż nie wszystkich spośród obdarowywanych ciastem znałam.

KP11 Quest
Zaopatrzyłam się w Playground Magazine (moarer o tym będzie później).
Zostałam pasowana na Norwega (a w sumie na Norweżkę).
Próbowałam mówić po angielsku z norweskim akcentem. Groza.
Wzięłam udział w wojnie na wielkie balonowe kiełbaski Dania kontra reszta świata. Wygraliśmy.
I parę innych rzeczy.



Tegoroczny KP kładł nacisk raczej na teorię niż na same gry, co nie do końca jest w moim stylu. Mam nadzieję odbić do sobie na kwietniowym Fastaval, gdzie proporcje są dokładnie odwrotne.

Nie zdarzyło mi się trafić na prelekcję/warsztaty, gdzie prowadzący byłby nie­przy­go­to­wany. Były wystąpienia lepsze i gorsze (zawsze trafi się jakiś pop referat, który bazuje na wzbudzających radość odniesieniach popkulturowych i nic nie wnosi do te­matu), ale nie było radosnej improwizacji. Coś czego się nauczyłam na KP: umie­jęt­ność dokumentacji. Zakoczyło mnie, jak można omówić grę (czy to larpa, czy to er­pe­ga), która się odbyła, nie zanudzając nikogo fikcją, prezentując problemy, a nie scenki z gry.

Zupełnie prywatnie były dla mnie ważne warsztaty z contact improvisation. Nie czu­ję się szczególnie pewnie, kiedy wokół mnie jest tłum, ścisk, kiedy obcy ludzie znie­nac­ka łapią mnie za ramię. Warsztaty Gabriela pokazywały, jak można budować kon­takt w grze bez konieczności fizycznego kontaktu, z poczuciem bezpieczeństwa i bez przekraczania granic komfortu. Gra kończąca warsztaty była mocno teatralna, moż­na o niej przeczytać tutaj.

Zupełnie poza programem była już masa rozmów, które ciągle obijają mi się gdzieś po głowie: o graniu z dzieciakami, o grach tylko dla mężczyzn, o rytualizacji gry, o kon­tro­wersyjnej grze w grze. I masa mniej poważnych.

Zdaje się, że obiecałam już paru osobom, że widzimy się za rok w Finlandii.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz